3 października, Mount Dew
- Wreszcie jesteś!
Myślałem, że uda mi się wejść przez tylne wejście niepostrzeżenie, jednak jeszcze zanim zdążyłem zamknąć za sobą drzwi z wnętrza kuchni usłyszałem głos Jodie. Cholera, ta kobieta mogłaby sobie dorabiać jako szpieg. Albo sonar.
- Siema, dziewczyny - odkrzyknąłem, rzucając skórzaną kurtkę na wieszak, kiedy w przejściu pojawiła się sylwetka Jodie w fartuchu niedbale przewiązanym przez talię.
- Myślałam już, że znów zrobiłeś sobie wolne...- zaczęła swój wykład, ale zamarła z rozdziawionymi ustami i szeroko otwartymi oczyma, gdy jej wzrok spoczął na ciemnym, włochatym kształcie obok mojej nogi - CZY TO JEST PIES?!
- Spock - mruknąłem przecierając kark z irytacją. Tylko tego było mi dzisiaj trzeba.
- Harvey. To jest PUB, miejsce w którym się JE i PIJE, tu NIE WOLNO przyprowadzać zwierząt...
- Jodie, chciałbym ci delikatnie przypomnieć, że jestem właścicielem tego pubu i jeśli będę miał taki kaprys ustanowię psa dziedzicem, więc...
- ...A MARTHA MA ALERGIĘ - kobieta ciągnęła niezrażona niczym co powiedziałem.
- Jodie, kurwa, nie mam nastroju! - przerwałem jej machnięciem ręki - Pies nie będzie siedział za barem, Martha nie musi nawet na niego patrzeć. Po prostu nie mogłem go dziś zostawić u Meg.
Jodie wyglądała na zaszokowaną, może nawet urażoną, ale dziś naprawdę nie miałem głowy, żeby się tym przejmować. Od kilku dni nie mogłem spać, dręczyły mnie wizje, Las Vegas nie dawało o sobie zapomnieć i opróżniłem niemal 3/4 barku. Do tego wszystkiego dochodziła kwestia mojego nowego lokatora. Bez względu na to jak bardzo polubiłam tego psa nie mogłem zatrzymać go na zawsze. Było to niewykonalne z kilku powodów. Po pierwsze, nie miałem na niego czasu. Moja praca (i inne obowiązki) raczej nie uwzględniała długiego siedzenia w domu, spacerów dłuższych niż z baru do spożywczaka i czasu na rzucanie piłką. Gdy Spock zostawał w domu sam dłużej niż na godzinę dostawał szału, o czym zdążyłem się przekonać, gdy po powrocie z zakupów zastałem całkowicie "przemeblowaną" kuchnię. Nie miałem go też u kogo zostawić; rano próbowałem namówić do tego Meg, jednak, w przeciwieństwie do Charles'a, który wydawał się być całkowicie oczarowany czworonogiem, kobieta tylko piorunowała mnie wzrokiem i rzucała kąśliwe uwagi na temat "mojego brudnego kundla". Byłem zmuszony zabrać go ze sobą do Walton's mówiąc sobie, że to tylko jeden raz. W głębi duszy czułem, że nie skończy się na jednym razie. Kolejnym powodem było to, że zwyczajnie nie chciałem się do niego przywiązać. Miałem nadzieję, że w ciągu tych trzech tygodni do powrotu właściciela schroniska nie zdążę się z nim zżyć, ale skłamałbym mówiąc, że go nie polubiłem. Na szczęście do przyjazdu weterynarza nie zostało już dużo czasu, co naprawdę było mi na rękę, tym bardziej, że data wyjazdu do Las Vegas niebezpiecznie się zbliżała i wtedy na pewno nie znalazłbym nikogo, kto mógłby przygarnąć psa do siebie.