10 października, Mount Dew - Anchorage
-Zaglądałeś? - Zapytałam nieufnie, natychmiast sprawdzając czy zawartość torebki pozostała nienaruszona.
Portfel, chusteczki, słuchawki, pomadka nawilżająca, notatki z biologii, telefon, który na całe szczęście był rozładowany - wszystko na swoim miejscu.
-Nawet na sekundę - w głosie Wyatt'a, który oparty o swój motor obserwował mnie z założonymi rękami, zabrzmiało wyraźne rozbawienie.
-Masz szczęście - fuknęłam, z całych sił starając się nie zwracać uwagi na to, jak dobrze wygląda w opinającym ciało czarnym kombinezonie motocyklowym, ze zmierzwionymi od kasku włosami i błyszczącymi, pełnymi flirciarskich iskierek oczami w odcieniu zbliżonym do ciemnej czekolady.
Kierując się zdrowym rozsądkiem skupiłam więc wzrok na drzwiach wejściowych do szkoły znajdujących się niecałe trzy metry za jego plecami i uśmiechnęłam się, uspokojona nienaruszonym stanem torebki, którą (czemu mnie to nie dziwi) jakimś kolejnym niefortunnym zrządzeniem losu zostawiłam w jego samochodzie poprzedniej nocy, kiedy podwoził mnie do domu po mojej powalającej przygodzie z zepsutym samochodem, rozładowaną baterią i natarczywym facetem, którego sama, powtarzam SAMA zatrzymałam na drodze, z jakiegoś powodu uważając, że o pierwszej w nocy po bocznych objazdach jeżdżą sami uroczy i porządni ludzie.
-Dziękuję, że ją dla mnie zabrałeś - powiedziałam, starając się ukryć swoje zażenowanie. Bądź co bądź, przy Deepwoodzie już po raz kolejny bardzo dobitnie pokazałam moje życiowe nieudacznictwo. - I za wczorajszą pomoc.
-Żaden problem. - Wzruszył ramionami. - Ale zrób to dla mnie i więcej nie baw się w autostopowiczkę po nocach, bo następnym razem może mnie już nie być w okolicy.
-Raczej nie zamierzałam tego powtarzać - wymamrotałam zmieszana i wysiliłam się na kolejny niewinny uśmiech, znów skupiając się bardziej na drzwiach za plechami chłopaka, co było błędem, bo Wyatt zauważając gdzie wędruje mój wzrok, uniósł brew i najwyraźniej ubawiony spytał:
-Nie wybierasz się jednak na lekcje?
-Nie - przygryzłam wargę i zarumieniłam się jak dziecko przyłapane na gorącym uczynku. - Mam dziś test z biologii, a wszystkie notatki zostały w mojej torebce, w twoim samochodzie. Nie pójdę tam tylko po to, żeby oblać.
poniedziałek, 21 listopada 2016
czwartek, 27 października 2016
Cain Foster
Mając sześćdziesiątkę na karku, muszę przyznać, że nigdy nie zamierzałem dożyć tak późnego wieku. W mojej nonsensownej wizji z przeszłości miałem umrzeć przed pięćdziesiątym rokiem życia, nie uświadczywszy na głowie ani jednego siwego włosa, ani tym bardziej zmarszczki na twarzy. Tymczasem, wszystko potoczyło się własnym torem, dalece odległym od moich wyobrażeń.
Patrząc na Sol, niegdyś świeżą, pełną życia ślicznotkę z potencjałem mocy godnym miejsca w honorowej, prywatnej kolekcji niezwykłych talentów, którą żmudnie gromadził sam Alexius, nie mogłem uwierzyć w to, co widzę.
O ile dla mnie czas okazał się może nie tyle łaskawy, co wyrozumiały, zostawiając mi całkiem sporo jeszcze czarnych kosmyków i nie najgorzej prezentujące się ciało, to w przypadku tej biednej kobiety z całą pewnością nadrobił swoje straty z nawiązką.
Na przestrzeni kilkunastu lat Sol zmieniła się nie do poznania. Ze swoją żylastą, anemiczną wręcz budową, matowymi, ściętymi do linii brody włosami, wysuszoną skórą na twarzy i popękanymi ustami, które niczym krwawa plama na niezwykle jasnej, prawie białej twarzy kontrastowały silnie z parą ogromnych jasnozielonych oczu o zmęczonym wyrazie, wydawała się być bardziej podobna do stracha na wróble niż do dziewczyny, którą dawno temu kochał bezgranicznie mój syn.
Trudno było oderwać wzrok od tak wątłej, rysującej sobą nadzwyczaj smutny i godny współczucia obrazek istoty.
poniedziałek, 24 października 2016
Harvey
11 października, Mount Dew
Siedziałem na wypłowiałej kanapie podpierając się łokciem o przetarte poduszki, które w latach swojej świetności z pewnością miały zupełnie inne kolory niż te, z którymi prezentują się dzisiaj w moim salonie. Spock patrzył na mnie zza niskiego blatu z pełną koncentracją, gdyby nie jego tłukący się o podłogę ogon i wywalony język, można by było powiedzieć, że wręcz z filozoficznym skupieniem. Wyświetlacz telefonu, który trzymałem w ręce, wskazywał godzinę 10:20 i informował mnie o 4 nieodebranych połączeniach od Jodie i jednym przychodzącym. Już po pierwszym jej telefonie doszedłem do prostej konkluzji, że ta rozmowa prawdopodobnie nie będzie ani przyjemna ani pożyteczna, a najwyżej mogę usłyszeć całkiem zmyślną wiązankę misternie układającą się w głowie kucharki w miarę jak przedłużał się sygnał nieodebranego połączenia. Miałem wrażenie, że gdybym teraz odebrał, komórka eksplodowałaby mi w rękach. Nie miałem czasu ani ochoty na takie pierdoły jak wykłócanie się z Jodie. Miałem na głowie tyle ciężkich spraw, że momentami czułem jak łamie mi się pod nimi kark, a otworzenie knajpy zdecydowanie nie odjęłoby mi balastu, mimo, że ostatnio Walton’s było jedynym miejscem, w jakim miałem ochotę się znaleźć.
- Masz szczęście, że nie umiesz mówić – mruknąłem rzucając psu zazdrosne spojrzenie, na co ten zareagował tylko przekrzywieniem głowy.
Siedziałem na wypłowiałej kanapie podpierając się łokciem o przetarte poduszki, które w latach swojej świetności z pewnością miały zupełnie inne kolory niż te, z którymi prezentują się dzisiaj w moim salonie. Spock patrzył na mnie zza niskiego blatu z pełną koncentracją, gdyby nie jego tłukący się o podłogę ogon i wywalony język, można by było powiedzieć, że wręcz z filozoficznym skupieniem. Wyświetlacz telefonu, który trzymałem w ręce, wskazywał godzinę 10:20 i informował mnie o 4 nieodebranych połączeniach od Jodie i jednym przychodzącym. Już po pierwszym jej telefonie doszedłem do prostej konkluzji, że ta rozmowa prawdopodobnie nie będzie ani przyjemna ani pożyteczna, a najwyżej mogę usłyszeć całkiem zmyślną wiązankę misternie układającą się w głowie kucharki w miarę jak przedłużał się sygnał nieodebranego połączenia. Miałem wrażenie, że gdybym teraz odebrał, komórka eksplodowałaby mi w rękach. Nie miałem czasu ani ochoty na takie pierdoły jak wykłócanie się z Jodie. Miałem na głowie tyle ciężkich spraw, że momentami czułem jak łamie mi się pod nimi kark, a otworzenie knajpy zdecydowanie nie odjęłoby mi balastu, mimo, że ostatnio Walton’s było jedynym miejscem, w jakim miałem ochotę się znaleźć.
- Masz szczęście, że nie umiesz mówić – mruknąłem rzucając psu zazdrosne spojrzenie, na co ten zareagował tylko przekrzywieniem głowy.
piątek, 21 października 2016
Valerie
9 październik - czwartek, Mount Dew
-TO CHYBA JAKIŚ ŻART. - Od pięciu minut z niedowierzaniem gapiłam się na kierownicę, w odstępach mniej więcej kilku sekund bez żadnego skutku próbując odpalić silnik, który za każdym razem wydawał z siebie jedynie całą serię charkliwych odgłosów, z całą pewnością nie mających zbyt wiele wspólnego z jego prawidłowym funkcjonowaniem. - Dlaczego akurat teraz... - jęknęłam po setnej próbie przywrócenia tego złomu do życia, aż wreszcie odchyliłam szyję do tyłu i zakryłam twarz dłońmi w geście kapitulacji.
Wzięłam trzy głębsze oddechy zanim zaczęłam szperać w torebce w poszukiwaniu telefonu, a kiedy już wreszcie udało mi się wygrzebać go z plątaniny kluczy, kabelków od słuchawek i zapasowych gumek do włosów, prawie zagotowałam się w środku, widząc migający na ekranie komunikat "Bateria rozładowana".
Wściekła cisnęłam telefonem z powrotem do torebki i niemal warcząc, wysiadłam z samochodu, kopniakiem zamykając za sobą drzwi.
Zaczęłam nerwowo krążyć wokół pickupa z nadzieją, że nagle przyjdzie mi do głowy jakiś genialny pomysł na to, jak o pierwszej w nocy, bez samochodu, bez telefonu i nawet bez latarki - dostać się do domu dziesięć kilometrów dalej.
sobota, 15 października 2016
Wyatt
Pięć lat temu, Mount Dew
Zaniosłem się ostrym kaszlem i niemal natychmiast rzuciłem na ziemię na wpół spalonego papierosa, szybko gasząc go pod podeszwą mojego buta. Dym rozsadzał mi płuca od środka i piekł w oczy, roznosząc się po całej szopie jak nadzwyczaj śmierdząca mgła. Bryce, który nie zdążył jeszcze nawet spróbować się zaciągnąć, wybuchnął śmiechem i podał mi butelkę, chyba z piwem, dokładnie w momencie, w którym byłem już prawie pewien, że za chwilę się udławię.
Pociągnąłem łyk gorzkiego napoju, wciąż walcząc z wysoce nieprzyjemnym uczuciem rozżarzonych węgli w mojej tchawicy i rzuciłem rechoczącym przyjaciołom wrogie spojrzenie spod lekko przydługich włosów na czole, które przylepiły się do mojej wilgotnej skóry.
-Co jest, Wyatt? Zakrztusiłeś się odrobinkę? - Zapytał zaczepnie Patrick, złośliwie mrużąc swoje już i tak wąskie oczy.- Z tego co pamiętam, to ostatnio ty śmiałeś się ze mnie. Nawet chyba głośniej.
-Należało ci się - wysapałem, powoli odzyskując normalny oddech.- To - wskazałem na zgniecionego papierosa leżącego obok mojej stopy - był jakiś szajs.
Pat prychnął głośno i wzruszył ramionami.
-Tata miał tylko takie. To chyba nie moja wina, że lubi ruskie papierosy?
-Nigdy więcej nie wezmę tego czegoś do ust - powiedziałem, wciąż czując na języku ohydny posmak taniego tytoniu.
-Bo co? Bo wolisz wymieniać się śliną z tą rudą córką ogrodnika?
Pat przez chwilę szczerzył do mnie zęby w głupkowatym uśmiechu, w najmniejszym nawet stopniu nie zwracając uwagi na Bryce'a, który patrzył to na mnie, to na niego, z wysoko uniesionymi brwiami.
-Czy ja o czymś nie wiem?- Zapytał, kierując w moją stronę swoje pytające spojrzenie, na co ja tylko obojętnie wzruszyłem ramionami i przechyliłem butelkę piwa, żeby przełknąć ostatnie dwa łyki napoju, które zostały na samym dnie.
niedziela, 9 października 2016
Rowan
4 październik - sobota ,
Mount Dew
Jęknęłam próbując
znaleźć pozycję, w której czułabym się choć odrobinę bardziej
komfortowo. Zaciskałam powieki, wszelkim siłami próbując wrócić
do słodkiego stanu zapomnienia, ale wraz z pierwszymi jaskrawymi
promieniami słońca wdzierającymi się przez okno do pokoju moją
podświadomość powoli zaczęły opuszczać resztki snu. Jeszcze
chwilę mocowałam się z samą sobą, aż zrozumiałam, że to z
miejsca przegrana walka i im dłużej próbuję tym szybciej
odzyskuję przytomność. Mimo to, nie chciałam jeszcze wstawać.
Chciałam choćby udawać, że mnie i wszystkie moje problemy dzieli
krucha bariera snu, że w tym stanie jestem nietykalna. Starałam się
zyskać na czasie i wszelkimi siłami odpychałam od siebie
nieuniknione – moment, w którym będę musiała wyjść ze swojego
pokoju i skonfrontować się z ojcem.
Coś mnie tknęło.
Ze swojego pokoju?
Powoli otworzyłam
oczy i podniosłam się na łokciach do pozycji pół siedzącej.
Pokój, w którym się znalazłam był znajomy i w przeszłości
spędziłam w nim wiele czasu, ale z całą pewnością nie był mój.
Dokładnie naprzeciw mnie stało łóżko z kłębkiem zwiniętej
pościeli, spod, której na poduszki wypadały kosmyki miękkich czarnych loków. Obok biurka na kremowym dywanie rozłożony był
dmuchany materac z kocami, na którym spałam. Wczorajszej (czy
raczej już dzisiejszej) nocy uzgodniłyśmy z Val, że mogę
przenocować się u niej. Kamień spadł mi serca, kiedy się
zgodziła, bo po telefonie ojca naprawdę zaczynałam bać się powrotu
do domu. Zachowywałam się kompletnie irracjonalnie, jak dziecko,
które wierzyło, że jeśli będzie się ociągać to kara nie
przyjdzie. Problem polegał na tym, że nie miałam nawet
najmniejszych podejrzeń co do tego, czego niby miałaby dotyczyć ta cała
„rozmowa”. Wszystko wyglądało tak jak zwykle, powiedziałabym,
że nawet trochę lepiej, a mimo to ton głosu ojca sprawiał, że
zaczynałam wymyślać najgorsze scenariusze. W głębi siebie
musiałam przyznać, że nie boję się samej rozmowy, ale wpływu
jaki będzie miała na nasze relacje – czy znów wrócimy do stanu
wojennego, czy posuniemy się jeszcze o krok dalej.
piątek, 30 września 2016
Connie
3 października, Anchorage
Złapałam się za głowę i zgięłam w pół, mimowolnie próbując uśmierzyć ból, który przeszył moje ciało, począwszy od głowy, aż po palce u stóp. Przed oczami widziałam plamy, które nieudolnie próbowały przybrać jakieś sensowne kształty. Nawet po przymrużeniu powiek nie udawało mi się zidentyfikować stojących przede mną roślin i mebli, które widziałam przed atakiem paniki. Paniki wywołanej bólem rozchodzącym się po całej klatce piersiowej i rozpływającym się po wszystkich zakamarkach mego ciała. Na początku był nie do zniesienia i myślałam, że zemdleję z jego natężenia, ale teraz już zaczął ustępować, więc z ulgą zamknęłam oczy i czekałam.
- Connie… - usłyszałam za sobą zatroskany głos kuzyna, który zszokowany całym zajściem, którego był świadkiem, nie wiedział jak się zachować. Cieszyło mnie to, ponieważ czułabym się niezręcznie, gdyby do mnie podbiegł i zaczął mi pomagać, pytając „Czy, aby na pewno wszystko jest w porządku”. Oboje tak byśmy się czuli. Troska troską, ale nie miałam zamiaru zgrywać ofiary, sierotki która nie może sobie sama poradzić i która potrzebuje pomocy na każdym kroku. Zwłaszcza od mężczyzn pokroju Col’a, zarozumiałych, aroganckich, wrednych i zimnych. Zwłaszcza tych, których w przeszłości za blisko do siebie dopuściłam .
- Zajmij się swoimi sprawami, Cole. To były tylko delikatne zawroty głowy, nie ma co roztrząsać tej sprawy. Liczę, że zatrzymasz to dla siebie – rzuciłam, nawet nie odwracając się w jego stronę, po czym wróciłam na salę, co nie było dobrym wyborem z mej strony.
Zwłaszcza, że nie doszłam jeszcze do siebie po nawrocie.
Złapałam się za głowę i zgięłam w pół, mimowolnie próbując uśmierzyć ból, który przeszył moje ciało, począwszy od głowy, aż po palce u stóp. Przed oczami widziałam plamy, które nieudolnie próbowały przybrać jakieś sensowne kształty. Nawet po przymrużeniu powiek nie udawało mi się zidentyfikować stojących przede mną roślin i mebli, które widziałam przed atakiem paniki. Paniki wywołanej bólem rozchodzącym się po całej klatce piersiowej i rozpływającym się po wszystkich zakamarkach mego ciała. Na początku był nie do zniesienia i myślałam, że zemdleję z jego natężenia, ale teraz już zaczął ustępować, więc z ulgą zamknęłam oczy i czekałam.
- Connie… - usłyszałam za sobą zatroskany głos kuzyna, który zszokowany całym zajściem, którego był świadkiem, nie wiedział jak się zachować. Cieszyło mnie to, ponieważ czułabym się niezręcznie, gdyby do mnie podbiegł i zaczął mi pomagać, pytając „Czy, aby na pewno wszystko jest w porządku”. Oboje tak byśmy się czuli. Troska troską, ale nie miałam zamiaru zgrywać ofiary, sierotki która nie może sobie sama poradzić i która potrzebuje pomocy na każdym kroku. Zwłaszcza od mężczyzn pokroju Col’a, zarozumiałych, aroganckich, wrednych i zimnych. Zwłaszcza tych, których w przeszłości za blisko do siebie dopuściłam .
- Zajmij się swoimi sprawami, Cole. To były tylko delikatne zawroty głowy, nie ma co roztrząsać tej sprawy. Liczę, że zatrzymasz to dla siebie – rzuciłam, nawet nie odwracając się w jego stronę, po czym wróciłam na salę, co nie było dobrym wyborem z mej strony.
Zwłaszcza, że nie doszłam jeszcze do siebie po nawrocie.
poniedziałek, 26 września 2016
Q&A z autorami!
Spełniamy obietnicę w trybie nieco przyspieszonym i od dziś dajemy Wam możliwość anonimowego zadawania pytań wszystkim autorom naszych aktualnych postaci, którzy chętnie odpowiedzą na każde z nich :)
WAŻNE!
Prosimy, abyście wszystkie swoje pytania zamieszczali w komentarzach poniżej tego posta, każdorazowo podpisując do kogo dokładnie są one adresowane (imię bohatera/ bohaterów), aby uzyskać odpowiedź od oczekiwanej osoby!
Pytania mogą być zadawane bezterminowo, a nasi autorzy dokonywać będą stałej aktualizacji w komentarzach :)
Pozdrawiamy i czekamy na Wasze komentarze!
Ekipa CG
Subskrybuj:
Posty (Atom)